Wstaję wcześnie. Lubię ten czas, bo jest cicho.Poranek jest dla mnie treningiem samodyscypliny.Mam swoje procedury. Najpierw kawa i mała kanapka,żeby nie wlewać kofeiny do pustego baku.
Potem siadam i patrzę przed siebie.Rozgladam się bardziej po sobie, niż po pokoju.Chcę poczuć, jak to jest kiedy głowa pusta, lepiej lub gorzej wyspana,kiedy wszystko jeszcze przed.
Chcę się nastroić, wdrukować sobie pozytywny przekaz dnia, sączac kawę.
Potem zaczynam świadomie oddychać, zamykam oczy i płynę za falą , którę czuję w brzuchu.
Co chwilę, myślę o tym, co oddechem nie jest, ale wracam, nie złoszcząc się na siebie, łagodnie wracam do brzucha.
Kilka minut wystarczy.Żeby poczuć,że jakoś to będzie.
Ale nie zawsze tak jest.
Dziś kawa, potem książka, przez którą przedziera się mocny kaszel M.Jest coraz mocniejszy, podobnie jak niepokój, który we mnie narasta. Czuję jak brzuch rośnie, ale nie od oddechu , tylko z napięcia.
Układam sobie algorytmy działania na wszystkie możliwe opcje: wymioty, infekcja ?
Co zrobię, co mam ważne w pracy, skąd lekarz, może najpierw krew, sód niski? Znowu sód niski… Milion wątków w 3 min.
Odłączam się od serca, czucia, jest tylko planowanie działań.
Ubieram zbroję-idę walczyć z kolejnym przeciwnikiem.
W międzyczasie czuję jeszcze, złość,że może będę musiała odwołać zajęcia,że chciałam kilku dni spokoju i że coś tam jeszcze chciałam, ale nie pamiętam , a tu dupa.
M. wstaje, wlewam w niego szklankę wody-może to tylko gardło suche.
Jeszcze jedna szklanka.W międzyczasie badam mu krew, bo to dziś dzień kłucia w palce,żeby zobaczyć INR.
M. nie kaszle.Krew dobra.
Wracam do siebie.
Znowu mam plany…

Dodaj komentarz